Nasza opowieść rozpoczyna się w niewielkim opactwie położonym na peryferiach znanego świata. W wieku szesnastu wiosen przybył doń pewien wielce obiecujący, acz niepokorny kleryk, niestroniący od rozpustnego życia i do upadłego korzystający z wszelkich innych uciech świata doczesnego. Przełożeni wysyłając go tam myśleli, że być może drakońskie zasady i obecność innych zakonników nauczy młodzieńca pokory, ale efekt był zgoła odwrotny - w ciągu wielu wiosen spędzonych w odosobnieniu, z którego to Mnich wymykał się przy każdej nadarzającej się okazji, kilku młodszych kleryków podążyło za jego przykładem i zostało całkowicie, zupełnie, absolutnie i nieodwracalnie przezeń zdemoralizowanych i sprowadzonych na drogę rozpusty i pijaństwa. Wobec takiego obrotu spraw młody kleryk, który wraz z upływem czasu utracił młodość i status kleryka, ale za to zyskał ponętną tonsurę oraz tytuł Mnicha, został oddelegowany z misją samob... z misją ratowania świata do krainy Talizmanu. Choć liczył już sobie wiele wiosen, to jednak wciąż kurczowo trzymał się życia za wszelką cenę, mawiając, że "lepiej każdego dnia żyć pełnią życia na krawędzi, niż egzystować pośród świętych pism i psalmów do wieku, w którym już nie można", cokolwiek miał przez to na myśli.

Krótko po przybyciu do krainy Talizmanu Mnich zignorował rozkazy od opata i natychmiast ruszył w stronę najbliższej karczmy, by jak najprędzej przepić i przehulać złoto otrzymane na pokrycie nieprzewidzianych wydatków; wszak pieniądze będąc dobrami doczesnymi mogą zostać skradzione lub zgubione, zaś wesoło szumiącego w głowie wina nikt nie jest w stanie Mnichowi odebrać, czego niestety nie da się powiedzieć o przychodzącym później kacu. Nim jednak mnich zdążył zastawić swoje oszczędności w kartach lub wykorzystać je do wynajęcia uroków hożych dziewoi, padł nieprzytomny pod karczemny stół i leżał tam bez życia przez co najmniej jedną dobę.

Gdy w końcu oprzytomniał, przeklinając potworny ból głowy, postanowił rozchodzić kaca po okolicznych lasach, skutkiem czego zgubił się w nich i przez kolejną dobę szukał wyjścia, błądząc i używając słów wysoce niewskazanych do używania przez Mnicha.

Gdy w końcu Mnich odnalazł wyjście z lasu, padł na otwarte pola i jął je całować, dziękując własnemu intelektowi i szczęściu za wyprowadzenie go z trudnej sytuacji. Całe to błądzenie zmęczyło Mnicha do tego stopnia, że udał się z powrotem do karczmy, by upić się do nieprzytomności i zapomnieć o żenującej wyprawie do lasu, co zresztą zrobił i trzecią z kolei dobę skrzętnie zmarnował.

(W tym czasie wędrujący po krainie Troll nie próżnował i rozwijał swoją siłę, pokonując kolejnych przeciwników, oraz zdobywając złoto i koneksje.)

Potem przez kolejne dni Mnich wędrował po krainie, to tu, to tam, z rzadka pokonując niegodnych uwagi przeciwników i odkrywając niezbyt ciekawe miejsca. Warto wspomnieć, że podczas tych wędrówek napotkał Księża szukającego Księżniczki. Po krótkiej wymianie zdań Mnich uznał, że przyda mu się dodatkowy kompan do picia, a jeśli zabraknie mu złota, to zawsze może wymienić całkiem niczego sobie galanta na trzy piękne, błyszczące monety w miejscowym domu uciech. Gdzieś w międzyczasie Mnich odnalazł Koronę dającą mu magiczne moce pojmowania świata, innym zaś razem zdobył całkowicie mu zbędne magiczny miecz i tarczę. Przyjemne i spokojne były te jego wędrówki, aczkolwiek mało rozwojowe, a wszakże wiadomo - bez rozwoju nie ma potęgi, a bez potęgi nie ma złota, zaś bez złota nie ma picia - toteż Mnich udał się do miasta i odwiedził wiedźmę zażądając, by ta dała mu siłę, złoto i magiczne artefakty, albo chociaż siłę. Wiedźma zaśmiała się przeto wiedźmowato, wyskrzeczała, że "bez ciężkiej pracy nie ma kołaczy", po czym rzuciła zły urok i na trzy doby zamieniła Mnicha w ropuchę. Mnich stał się małym, słodkim płazem, niezdolnym niestety do niesienia Korony, tarczy czy jakiekolwiek innego ekwipunku, i chociaż Książę wciąż mu towarzyszył, to jednak przedmioty zostały w depozycie u wiedźmy. Strasznie się wtedy Mnich zdenerwował, tym bardziej, że jako ropucha nie mógł spożywać alkoholu w pożądanych przez siebie ilościach, wyruszył więc z dala od miasta i przeklętej wiedźmy w iście ropuszym tempie. Trzeciego dnia mozolnej wędrówki napotkał na swej drodze lwa. Wynik walki wydawał się oczywisty, jako że Książę nie był zbyt pomocny, a dokładniej mówiąc, to nie był pomocny wcale... lew już prawie dobierał się do zamienionego w ropuchę Mnicha, już zamykał paszczę i zjadał smakowity kąsek, gdy nagle Mnich w przypływie desperacji stwierdził, że nie, absolutnie nie zgadza się na taki los, i zaklął straszliwie prawa fizyki, świata i wszelakiej logiki ogólnie, po czym jednym ciosem ropuszego jęzora położył lwa trupem. Jak to się właściwie stało? Sam nie wiem...  faktem jest, że ogromny kot eksplodował w jednej chwili w krwawej chmurze flaków i juchy, które grubą warstwą karminu pokryły okolicę. Mnich odmienił się wtedy z formy ropuchy, pomniał słowa wiedźmy o ciężkiej pracy, po czym splunął na truchło lwa i wyrzekł z pogardą:
"TĘPY CHUJ."
Od tego czasu Mnich mógł z dumą twierdzić, że poznał świat od najgorszej strony, że doświadczył go bardziej niż tylko co nieco, i stał się przez to odrobinę silniejszy.

(Troll w tym czasie odbywał nauki u znanego fechmistrza i wprawiał się w finezyjnej sztuce rozpieprzania maczugą wszystkiego, co było na tyle głupie, by stanąć mu na drodze.)

Mniej więcej w tym czasie do uszu Mnicha dotarła plotka, jakoby na pobliskim cmentarzu pojawiła się... zjawa! Cóż, zjawa na cmentarzu nie jest jakimś specjalnie zaskakującym zjawiskiem, ale mimo to...
Mnich poczuł wtedy, że po tylu latach spędzonych na pijaństwie i panienkach powinien w końcu nawrócić się na właściwą ścieżkę i całkowicie zmienić swoje postępowanie. "Pokonanie tej zjawy nawiedzającej święte miejsce spoczynku zmarłych to dobry początek, by położyć kres rubasznemu życiu!", pomyślał, po czym zachęcony przez entuzjastyczne okrzyki Księża udał się do kaplicy, by wyleczyć swoje rany odniesione podczas wędrówki po krainie, oraz prosić Boga o przebaczenie, jednak jego modlitwa nie została wysłuchana. Mnich wpadł wtedy w straszliwy gniew - jakże to, że on, grzesznik nad grzeszników, próbując się nawrócić nie zostaje wysłuchany?! Zaprzysiągł wtedy Mnich siły natury i świata, wezwał pradawne Bóstwa do ponownego rozpatrzenia jego modłów... i ponownie został zignorowany. "Cóż, trudno, zjawa sama się nie unieszkodliwi, lać na Boga, będę nawrócony choćby i bez niego", stwierdził z goryczą spowodowaną tęgim łykiem zapasowego bełta na czarną godzinę, po czym wraz z Księżem zgodnie opluli próg kaplicy i ruszyli na cmentarz, prowadząc zażarte filozoficzne dyskusje na temat osnowy świata i suto popijając z manierki; wszakże na trzeźwo bić upiora nie da rady...

W końcu dotarli na miejsce. Raz i drugi w ciągu kilku dni Mnich mierzył się ze straszliwym upiorem, i raz za razem jego wysiłki, zaklinanie losu i wzywanie Bóstw na pomoc nie przyniosły żadnych efektów. "Było bardziej uważać na egzorcyzmach i urokach," pomyślał, "ale uroki siostry Anny tak bardzo przykuwały moją uwagę, że chciałbym ją egzorcyzmować w jej sypialni podczas prywatnych korepetycji..." Wykończony i umierający Mnich, czując, że śmierć już puka do jego drzwi, postanowił zawrócić do kaplicy, by spróbować modłów i błagań do Boga, albo chociaż błagalnego klęcia na Boga, jednak nie było mu pisane już nigdy więcej przekroczyć świętych progów kaplicy, które to wcześniej opluli wraz z Księżem. Jako, że oboje byli spłukani, to musieli wracać do kaplicy na piechotę. Wobec takiego obrotu spraw, a także - o zgrozo! - stwierdzenia całkowitego braku zapasów alkoholu i wiszącej nad nimi groźby wytrzeźwienia, która to była gorsza nawet od perspektywy śmierci, postanowili złapać tzw. stopa. Łapanie stopa to stosunkowa nowość w krainie; czynność ta polegała na wbieganiu na drogę i machaniu rękami przed nadjeżdżającymi wozami i retorycznym wymuszeniu na woźnicy darmowej podwózki w żądane miejsce w taki sposób, by myślał, że to jego własna decyzja podyktowana dobrymi intencjami. Na pomysł wpadł oczywiście nie kto inny, a Mnich...
Wszystko szło dobrze, łapanie stopa na długiej i opuszczonej drodze niemal zakończyło się sukcesem, gdy nagle błysnęło, a na samym środku drogi pojawił się on.
Diabeł z piekła.
I tak rzekł: "O święty Mnichu i czcigodny Książu, jam jest Mefistofeles! Nim pójdziecie dalej, wysłuchajcie mnie! Być może skusi was wizja wiecznego pijaństwa i nieokiełznanych lubieżności... mogę wam zaoferować wiele-"
Mnich i jego brat Książę spojrzeli na siebie, i nim diabeł powiedział cokolwiek więcej, powiedzieli zgodnie: "Okej!" W ten oto sposób Mnich oficjalnie porzucił ścieżkę prawości i został złą osobą, co powinno stać się już dawno temu.

(Tymczasem Troll stawał się coraz silniejszy, bogatszy i bardziej wpływowy; pokonywał już smoki jednym ciosem, i do tego zadanym od niechcenia lewą ręką, albo zwyczajnie przekupywał te wielkie bestie dzięki bogatej siatce koneksji i układów. W krainie już każdy słyszał o bajecznie bogatym Trollu, zwanym czasem Trollem Chrzestnym albo Don Signore del Trollo, i nikt nie zamierzał stawać mu na drodze, bo cios jego maczugi był niczym nieubłagany wyrok śmierci.)

Jako, że Mnich został teraz za sprawą Mefistofelesa złym człowiekiem, to nie mógł już udać się do kaplicy wyleczyć swoich nieomal śmiertelnych ran, gdyż tam już czekał na niego tłum wieśniaków z pochodniami i widłami, a także spora grupa egzorcystów gotowych spalić go na stosie razem z Księżem. Wobec takiego obrotu spraw Mnich postanowił udać się do wioski, by złotem zapłacić cyrulikowi za przywrócenie go do stanu używalności. Ponownie jednak jego plany zostały pokrzyżowane. Napotkany na drodze złośliwy chochlik wysłał umierającego Mnicha i Księża w dalekie, niebezpieczne góry, gdzie każdy krok mógł być ich ostatnim... Mnich wyznawał jednak zasadę "wiecznego życia na krawędzi", i tak jak podczas walki z lwem, tak i teraz los uśmiechnął się do tego starego, lubieżnego ochlajtusa. Potężny górski orzeł z sobie tylko znanych powodów wybrał Mnicha i Księża na swych kompanów, i na jego grzbiecie zlecieli ku podnóżom gór, gdzie przy magicznym źródle Mnich uzdrowił swoje rany, a następnie wrócił w bezpieczniejsze rejony krainy.

Przez następne dni wędrowali od miejsca do miejsca, często korzystając z pomocy orła, poznając przy tym nowe osoby i odkrywając nowe rejony krainy. Książę bardzo ucieszył się z towarzystwa Księżniczki i od tej pory zaczął oddalać się od Mnicha i życia pełnego alkoholu, by ustatkować się wraz z ukochaną w jakimś zacisznym księstwie. Wszystko ruszało ku lepszemu, dni mijały spokojnie jeden po drugim, toteż Mnich pod wpływem chwili (i alkoholu) zdecydował się zemścić na upiorzycy z cmentarza i pełen optymizmu wyruszył wraz ze swymi kompanami, by przegnać zjawę z cmentarza. Niestety, także i tym razem został pobity i odparty, a na dodatek przyssała się do niego jakaś okropna starucha, przez którą opuścili go wszyscy - Książę, Księżniczka, a nawet mocarny orzeł. W końcu Mnich pozbył się okropnego babsztyla, zostawiając ją u boku wiejskiego mistyka; chyba dobrze im było ze sobą, jednak wędrówki bez pomocy orlich skrzydeł i towarzystwa zakochanej pary okazały się być okropną mordęgą. Po prawdzie to Mnich zapomniał już, jak to jest chodzić na własnych nogach i do tego samemu...

Finał tej historii nastąpił szybko i dobitnie - wędrujący po krainie Don Signore del Trollo, znudzony już brakiem odpowiedniego przeciwnika, jak również wszechogarniającym go bogactwem i posiadaną władzą, postanowił raz na zawsze pozbyć się niezbyt wymagającego przeciwnika, jakim był wiecznie pijany Mnich. Bądź co bądź, był to rywal, który z czasem mógł stać się zagrożeniem... teoretycznie...
W ciągu kilku dni Troll wdrapał się na Szczyt Świata, zdobył okupioną całkowitym brakiem jakiegokolwiek wysiłku Koronę Władzy i raz za razem wysysał zaklęciem Rozkazu energię życiową z Mnicha.
Mnich jednak nie zginął z rąk Trolla - ledwie żywy i pijany w trzy dupy został rozgnieciony przez głaz spadający ze szczytu gór. Co robił w górach i jak się tam znalazł - to już chyba pozostanie tajemnicą na zawsze...